Gmina Przywidz

Gmina Przywidz położona jest w centralnej części województwa pomorskiego (powiat gdański). Jest jedną z siedmiu gmin Powiatu Gdańskiego.

Siedzibą władz Gminy jest miejscowość Przywidz.

Czytaj więcej...

Ks. Bronisław Grulkowski komandosem Pana Boga

14.09.2008

ROTMANKA „Ksiądz powinien być komandosem Pana Boga” – zwykł mawiać ks. Bronisław Grulkowski. Myśli tej podporządkował swoje życie. Czy to w konfesjonale, czy podczas rekolekcji i prywatnych spotkań – gdziekolwiek był i mógł, spieszył na ratunek potrzebującym duszom. Przy tym nie oszczędzał się. Przemierzał setki kilometrów w pielgrzymkach. Z początku były to podróże piesze, od jakiegoś czasu, coraz częściej, rowerowe. Ostatnią z nich odbył do... nieba.

Poskładać szkiełka

To była wstrząsająca wiadomość: 8 lipca ks. Bronka podróżującego samotnie rowerem przez Syberię potrącił samochód. Kierowca zbiegł nie udzielając rannemu pomocy. Informacja o śmierci duchownego niemal natychmiast pojawiła się w internecie. Pod nią dziesiątki komentarzy. W większości pełne serdeczności wspomnienia. Żegnali go wierni z parafii w których pracował: Chrystusa Króla i św. Jadwigi w Gdańsku oraz św. Faustyny w Rotmance niedaleko Pruszcza Gdańskiego. Dobrego słowa nie szczędzili studenci seminariów duchownych w Oliwie i Elblągu, uniwersytetów Warmińsko-Mazurskiego i Mikołaja Kopernika oraz Katolickiego Kolegium Teologicznego św. Tomasza w Kaliningradzie – gdzie oddawał się pracy naukowej – oraz młodzież. O zmarłym w wieku 47 lat kapłanie pisano z przejmującym smutkiem i żalem, że odszedł ktoś, kto tak wiele miał jeszcze do zrobienia.
Ksiądz Andrzej Kosowicz, proboszcz parafii w Rotmance, nie jest zdziwiony takimi reakcjami, bo o ks. Bronku może powiedzieć tylko to, co najlepsze. Nie wiadomo jednak co zrobić, by opowieść o nim nie była zbyt powierzchowna. Owszem, Bronek był dobrym księdzem, uwielbiał dalekie podróże i znakomicie grał w szachy. Nie jest też tajemnicą, że miał nieprzeciętną wiedzę, młodzież go nie odstępowała, a za FC Liverpool dałby się wręcz pokrajać. Niby wszystko się zgadza, ale...
– Jego życie przypomina witraż, który dopiero wtedy jest piękny, gdy poskłada się rozmaite szkiełka – mówi ks. Andrzej. – Nawet ja, choć znaliśmy się 28 lat, mogę powiedzieć o nim tylko część prawdy.
Jaka zatem jest cała prawda? Chyba nie do ogarnięcia, skoro już początek tej historii brzmi niczym baśń o dobru, które zawsze zwycięża.

Za siedmioma górami

– Było nas trzech braci, a Bronek najstarszy – wspomina brata Józef Grulkowski. – Zawsze zdecydowany, pewny tego, co chce, a przy tym niesamowicie uparty. Być może za sprawą kaszubskich genów. Nasi rodzice, Zofia i Bronisław, pochodzili z okolic Wdzydz Kiszewskich, a do Kierzkowa pod Przywidzem trafili po wojnie. Razem nie byli tu długo. Kiedy Bronek miał cztery latka, zmarł ojciec.
Chłopców wychowywała matka, która gospodarowała na kawałku ziemi. Co tylko mogła, sprzedawała na rynku w Kościerzynie.
– W domu nie przelewało się, ale z pewnością nigdy nie było nudno – opowiada pan Józef. – Rozrywkę, oczywiście, zapewniał Bronek. Urządzał we wsi zawody lekkoatletyczne: biegi, rzuty oszczepem i dyskiem. Było też kopanie piłki, a z czasem doszły wyścigi rowerowe.
Jednoślady chłopcy dostali z okazji pierwszej komunii św. i mogli ścigać się do upadłego. Sił zazwyczaj próbowali na trasie do kościoła w Przywidzu – siedem kilometrów w jedną stronę, po bruku.
Mając dziewięć lub dziesięć lat, w sytuacji cokolwiek zabawnej, Bronek złapał bakcyla szachowego. Stanął w Kościerzynie przed wystawą sklepową, na której były szachy. Nie ruszał się dopóki matka mu ich nie kupiła! Pewne problemy nastręczyło braciom poznanie zasad gry. Kiedy jednak szachowe arkana zgłębili, bywało, że emocje sięgały zenitu.
– Któregoś razu tak się zdenerwowałem, że wrzuciłem króla do ognia – opowiada pan Józef. – Bronek wprawdzie wyciągnął go z pieca, ale od tego czasu graliśmy nadpaloną figurą.

Mamo, będę w SD!

Dla Józefa Grulkowskiego nie było zaskoczeniem, że brat postanowił zostać kapłanem.
– Nasza matka była kobietą bardzo religijną i pokazała nam, jakimi wartościami powinniśmy w życiu się kierować – mówi mężczyzna.
Pamięta też jak Bronek poinformował ją o swojej decyzji.
– Przyszedł i powiedział, że będzie studiował. Kiedy matka spytała: gdzie?, zażartował, że w SD – Szkole Dywersji. Chodziło mu, rzecz jasna, o Seminarium Duchowne i dywersję wobec panującego wówczas systemu!
Koledzy–klerycy trochę mu zazdrościli łatwości, z jaką przyswajał wiedzę. Inna sprawa, że już w szkołach podstawowej i średniej szło mu bardzo dobrze. Startował w konkursach i olimpiadach. Z kolei podczas studiów potrafił znaleźć czas na partyjkę nawet przed najtrudniejszymi egzaminami. Na planszy nikomu nie dawał forów.
– To był zawodnik nie do przejścia – przyznaje ks. Zygmunt Słomski, niegdysiejszy kolega z seminarium, dziś proboszcz parafii w Pręgowie.
Ci, którzy dobrze znali ks. Bronka, twierdzą, że szachy nie były dla niego zwykłą grą. Pomagały mu w koncentrowaniu się, przemyśleniu spraw najważniejszych – tych dotyczących Boga i człowieka. Żeby je poznać jak najdogłębniej, ukończył studia psychologiczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Na początku lat 90. doktoryzował się, broniąc napisaną pod kierunkiem ks. prof. dr. hab. Władysława Prężyny rozprawę "Elementy motywacyjne postaw "być" i "mieć". Od jakiegoś czasu natomiast przygotowywał rozprawę habilitacyjną.
– Rozmawialiśmy nie raz, ale nigdy zdradził nad czym pracuje – mówi ks. prof. dr. hab. Jan Perszon, dziekan Wydziału Teologicznego UMK. – Na pewno był wybitnym fachowcem w swojej dziedzinie, a jego podejście do psychologii wsparte było dobrą znajomością antropologii chrześcijańskiej.
Ks. Andrzej Kosowicz zwraca z kolei uwagę, że rozwój kariery naukowej ks. Bronka nigdy nie odbywał się kosztem obowiązków duszpasterskich.
– Swoje powołanie kapłańskie traktował niezwykle serio – przyznaje proboszcz z Rotmanki. – Zawsze chciał nieść pomoc potrzebującym i nic innego dla niego się nie liczyło. Co ważne, wiernych, którzy właśnie u niego szukali wsparcia, nie brakowało. Dzwonili na plebanię, pytali się kiedy będzie ks. Bronek, specjalnie umawiali się do spowiedzi. Gdy w grę wchodziły czyjeś osobiste dramaty, wszystko inne przestawało się liczyć...
Wspominający zmarłego księdza zgodnie podkreślają jego dar nawiązywania kontaktu z ludźmi, umiejętność zdobywania zaufania. Nie obawiano się powierzać mu najbardziej bolesnych tajemnic. Jako doświadczony psycholog pomagał tym, którzy mieli problemy z alkoholem, narkotykami, własnym małżeństwem. Nie wiadomo ile rodzin uratował przed rozbiciem, pewne jest tylko, że kiedy mu się to nie powiodło, bardzo przeżywał porażkę. Tym bardziej, że zawsze walczył do końca. Kiedy trzeba było, nie wahał się użyć mocnych słów, by potrząsnąć człowiekiem.
Obarczony problemami bliźnich, niezmiennie jednak zachowywał pogodę ducha i dystans do spraw materialnych. Przez całe lata jeździł wysłużonymi fiatami 125, a ostatnim jego samochodem był daewoo lanos. Oczywiście z najuboższym wyposażeniem i kupiony okazyjnie. Z przeceny, bo... po gradobiciu.
– Zadziwiające jak niewiele miał własnych rzeczy – mówi Józef Grulkowski. – Trochę ubrań i pamiątek po pielgrzymkach, czy podróżach. Jedynie książek nigdy mu nie brakowało. Ks. Perszon potwierdza, że ta zewnętrzna powłoka wyróżniała zmarłego kapłana nie tylko w środowisku akademickim. Choć nie tylko ona. Ks. Bronek miał również odmienny sposób bycia.
– Z pewnością nie był lwem salonowym czy duszą towarzystwa - opowiada toruński dziekan. – Wolał raczej słuchać niż opowiadać...

Syberia – wielka miłość

Kiedy mowa o ks. Bronku, musi się pojawić jego obraz z rowerem. W kolarstwie dawał upust niespożytej energii, zmagał się ze stawianymi sobie wyzwaniami.
– Tak na poważnie Bronek zaczął jeździć jakieś dwadzieścia lat temu – opowiada pan Józef. „Na poważnie” znaczy tu: po Europie. Wraz z dwoma kolegami objechał Anglię i Szkocję, był w Santiago de Compostela, Lourdes i Fatimie. Kilka lat temu zafascynował się Wschodem.
– Patrząc z boku wydawać się może, że wyjazdy rowerowe do Rosji były zwykłymi wypadami turystycznymi, ale on traktował je inaczej – wyjaśnia proboszcz Kosowicz. – Szukał kontaktu z ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy potrzebowali Boga. Syberia była dla niego terenem misyjnym. Myślał nawet, żeby się tam przenieść. Tłumaczyłem mu, że równie wiele jest do zrobienia w Rotmance, ale on był nieugięty.
Tegoroczna podróż na Syberię była jego siódmą z kolei. Planował przejechać trasę z Irkucka do Krasnojarska, a w przyszłym roku – do Władywostoku. Do wyjazdu przygotował się doskonale. Także na wypadek, gdyby stało się coś niedobrego.
– Nieszczęście może mnie spotkać nawet na drodze do Pruszcza – przekonywał.
Na początku wakacji wybrał się w podróż ku przeznaczeniu.
Siostra Taida, albertnka z Usola Syberyjskiego, jest osobą, która z ks. Bronkiem spotkała się kilka godzin przed śmierci. Do domu zakonnego trafił w poniedziałek 7 lipca w godzinach wieczornych. Ponieważ podróżował bez telefonu komórkowego, nie uprzedził zakonnic o swoim przyjeździe i musiał czekać na ich powrót. Odrobina wolnego czasu wystarczyła, by nawiązał kontakt z mieszkańcami. Ze starszymi sąsiadami zakonnic rozmawiał po rosyjsku, z młodszymi – po angielsku.
Następnego dnia wstał wcześnie rano. Około szóstej modlił się w kaplicy, odprawił też mszę św. Była na niej tylko s. Taida. Po nabożeństwie zjadł śniadanie i spakował się. Nim wyruszył w drogę, albertynka zapytała się go, gdzie będzie dzisiaj nocował? Ks. Bronek uśmiechnął się i wręczył datek na działalność domu zakonnego. "Gdzie Bóg da!" - odpowiedział na pożegnanie. Dziennie pokonywał około 100 km. Tym razem zajechał znacznie dalej...

Wiadomość z tajgi

Telefon z Irkucka zadzwonił na plebani w Rotmance o szóstej rano. Dla ks. Kosowicza był niczym głos z zaświatów. „Ksiądz Bronisław Grulkowski nie żyje” – usłyszał w słuchawce. Natychmiast pojawiły się pytania: czy to prawda? jak to możliwe? Powracały one nieustannie w ciągu dwóch tygodni oczekiwania na sprowadzenie zwłok do kraju.
– Dni poprzedzające pogrzeb dla parafian okazały się czasem wielkich rekolekcji – opowiada ks. Andrzej. – Ludzie bardzo się zmienili, stali się bardziej otwarci, serdeczniejsi. Nie mam wątpliwości, że to również zasługa Bronka.
Wpisy w księdze kondolencyjnej wskazują, że zwłaszcza przyjaciele potrafią się rozstać z ks. Bronkiem. "Dziś, przed Mszą Św. W Twojej intencji w kaplicy w Rotmance, miałem sen. Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś: ja wcale nie umarłem, żyję. Byłeś ubrany w szary sweter, szare spodnie, oczywiście koloratka (nie mogło być inaczej!). Kiedy zawołałem moją żonę, żeby się też ucieszyła z radosnej nowiny, zadzwonił budzik wzywający mnie na Mszę. A zatem żyjesz (...)" – odnotował Adam Hlebowicz.
W ostatniej podróży, na miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu w Pruszczu Gdańskim, ks. Bronkowi towarzyszył tłum. Na jego czele podążali arcybiskupi: Sławoj Leszek Głódź i Tadeusz Gocłowski. Były strużki łez i słowa podziękowań od dzieci, młodzieży, kapłanów.
Po upływie dwóch miesięcy od dnia pogrzebu ksiądz Andrzej Kosowicz i Józef Grulkowski są przekonani, że czas nieustannie wyostrza wielkość i ponadprzeciętność zmarłego kapłana. Wystarczy zajrzeć na stronę rotmańskiej parafii św. Faustyny, na której wciąż przybywa wspomnień, relacji, świadectw. Podobnie jest w niewirtualnej rzeczywistości.
– Porządkuję papiery brata i co rusz trafiam na wyrazy wdzięczności za to, co zrobił w Gdańsku i Rotmance – mówi pan Józef. – Ale o tym nie ma co pisać. Przecież Bronek takimi rzeczami nigdy się nie chwalił.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
POLSKA Dziennik Bałtycki

 

Menu

sport250

Praktyka lekarska

Biżuteria Kingi Jancelewicz

Kinga

Biżuteria Kingi Jancelewicz

Polecamy