Ksiądz Jan Paweł Aeltermann został zapamiętany jako dobry pasterz, zainteresowany problemami ludzi, walczący z nadchodzącą brunatną zarazą, niszczącą godność i człowieczeństwo. Za swe przekonania, krzyż i ludzi oddał to co ma każdy z nas najcenniejszego - życie. Zapraszamy do poczytania wspomnień o nim.

Pani Łucja Fast przebywała w czasie wakacji 1939 roku w Mierzeszynie u Ericha Wróbla.

„Byłam wtedy dzieckiem ale pamiętam, że w miejscowym kościele odprawiane były raz w miesiącu msze w języku polskim. Proboszczem parafii był ks. Jan Aeltermann. Jako proboszcz dbał o swoich parafian i pomagał im w miarę swoich możliwości. Oddał ziemię należącą do plebani, ludziom, którzy byli w stanie ją uprawiać. Za tę ziemię dostawał zboże i ziemniaki. Zagorzali Niemcy nienawidzili go, za krzyże we wsi i przed kościołem, które nocą zostały ścięte. Fanatycy niemieccy wybijali szyby w oknach plebani, a na co dzień utrudniali życie Polakom i księdzu, który nie opowiadał się po stronie Niemiec. We wspomnieniach pozostał jako bardzo dobry człowiek”.

Jan Kapanke - ministrant księdza Aeltermanna.

„Ksiądz dziekan urodził się w rodzinie prawdopodobnie ewangelickiej, później przeszedł na katolicyzm. Wspólnie z gosposią prowadził gospodarstwo rolne o powierzchni 100-150 ha. Po swojej parafii podróżował bryczką, krótko przed wybuchem wojny kupił sobie samochód. Dobrze układały mu się stosunki z miejscową ludnością, był lubiany i szanowany. Należał do Wspólnoty- Spółdzielni Rolniczej, był jej członkiem i skarbnikiem. W 1937r. postawił 3 krzyże, które zostały ścięte i utopione w stawie. Ci sami ludzie wybijali szyby na plebanii. Swoim postępowaniem chcieli dać do zrozumienia, że to oni tu rządzą i wszystko im wolno.

Na zwłoki księdza rzucono zabitą krowę aby nikt nie mógł dojść, że są tam ludzkie zwłoki. Po wojnie zwłoki przeniesione i pochowane przed kościołem pod wezwaniem Św. Bartłomieja. Do identyfikacji zwłok poproszono gosposię. Która rozpoznała Go po fiolce z lekami na nadciśnienie, które zażywał.”

Inne wspomnienia pana Jana dotyczą czasów kiedy był on jeszcze ministrantem ks. Aeltermanna. Ze wspomnień tych zwierzył się Mariuszowi Czerwińskiemu:

,,Kościelny Kroll za każdym razem gdy była procesja niósł na jej początku krzyż. Mieszkał w budynku przy obecnej ul. Wolności 37). Pewnego razu odbywał się pogrzeb. Na początku procesji, która prowadziła z kościoła św. Bartłomieja na cmentarz katolicki jak zwykle pan Kroll niósł krzyż. Miał niestety taką przypadłość, że utykał, kulał na jedną nogę. Idąc na czele konduktu pogrzebowego potknął się na bruku. Starszy o ok. 3 lata od Pana J. Kapanke ministrant Bruno Dylke (lat ok. 11-12), szybko skomentował całą sytuację: „Kroll po raz pierwszy upada pod krzyżem”. To spowodowało wybuch śmiechu u pozostałych ministrantów obecnych na pogrzebie. Nieboszczyk został pochowany, ale każda ze stron tj. pan Kroll i ministranci, już w zakrystii oberwali mocno od Ks. Aeltermanna za swoje zachowanie.”

Jan Kapanke przyznaje, że z niewiadomych mu powodów, odczuwał strach przed Ks. Aeltermannem. Ksiądz lubił sobie spacerować z brewiarzem wzdłuż stajni. Podczas jednego z takich spacerów ks. Aeltermann zawołał Kapanke i zaoferował mu kałamarz, zapytał się go czy chce przyjąć ten prezent. Kapanke przyjął prezent i usłyszał słowa zachęcające do dobrej nauki. Jan Kapanke został ministrantem za namową matki. Jako przykład podawała mu innych starszych ministrantów, którzy pełnili służbę przy Ołtarzu. Kielich znajdował się na plebanii. Przed każdą mszą ministrant przychodził na plebanię i zanosił kielich do kościoła, zakrystii. Kielich znajdował się w lekko zamykanym futerale. Jan Kapanke pewnego razu został wysłany przez starszych ministrantów na plebanię po kielich. W drodze do kościoła przewrócił się z kielichem. Zawartość futerału rozsypała się na ziemię. Jan Kapanke szybko starał się przywróci stan poprzedni. Włożył kielich i bieliznę kielichowa do środka i zaniósł do zakrystii. ks. Aeltermann zauważył zabrudzenia, piasek. zapytał się kto przynosił kielich. Pan Jan przyznał się i opowiedział całe zdarzenie. Został pochwalony przez ks. Aeltermanna za szczerość. Pan Jan z dzisiejszej perspektywy ocenia, że jak mógł być nieszczery skoro się bał ks. Aeltermanna.

Ks. Aeltermann głosił kazania z ambony. Drewniany ołtarz był bardziej wysunięty w stronę ludzi i znajdował się mniej więcej tam, gdzie dziś przechodzi tylna linia Stołu Pańskiego podobno można było swobodnie przejść z tyłu ołtarza.

Maria Fryca - jedna z wielu świadków, którzy byli obecni przy wykopywaniu zwłok ludzi rozstrzelanych przez Niemców[1]

„Zwłoki leżały głęboko w dołach, na nich rzucone były zabite krowy i posypano wapnem, aby trudniej było zidentyfikować ciała, wykopano ich wówczas około 30. Wśród nich było ciało księdza Aeltermanna, widoczne były strzępy sutanny z guzikami zapinanymi z przodu, na szyi zawiązaną miał chustkę, włosy sięgające za uszy. Wśród świadków były rodziny zamordowanych. Wydobyte zwłoki układano rzędami w pobliskiej stodole. Pośród zwłok rozpoznano również znajomą aptekarkę wraz z dwójką synów w wieku około 14 lat. Chłopcy ubrani byli w mundurki harcerskie a ich matka w strój w którym zawsze pracowała w aptece. Wydobyte zwłoki nie były w dobrym stanie rozpoznawano je po strzępach ubrań.

Inicjatorem przeniesienia zwłok na cmentarz był proboszcz z Wysina ks. Józef Sobisz. Niezidentyfikowane zwłoki przeniesiono na cmentarz w Nowym Wiecu, a rozpoznane ciała zabrały rodziny” - relacja spisana w 2003 r.

„To był bardzo ciepły okres. Razem z siostrą Heleną słyszałyśmy, że coś się dzieje w Nowym Wiecu. Mimo sprzeciwu matki, z dużą ciekawością poszłyśmy polną drogą do Nowego Wieca. Przy stodole państwa Wieckich było już bardzo dużo ludzi, z pewnością całe rodziny, które szukały wśród ofiar swoich bliskich. Za stodołą, gdzie doszło do egzekucji, były trzy ogromne doły.

Nad odkopywaniem dołów czuwał m.in. proboszcz parafii Wysin ks. Józef Sobisz. Do tych prac zmuszone zostały Niemki z okolicy. Mężczyźni nie robili tego, bo prawie wszyscy byli jeszcze w wojsku. Kobiety pilnowane były przez jakieś polskie służby. Nie wiem, czy byli to żołnierze czy cywile, ale na pewno mieli na ramieniu biało-czerwone opaski. Przy dołach widziałam duże kamienie. Podobno ciała ofiar były zasypane wapnem i zarzucone dodatkowo krową, ale ja osobiście szczątek krowy nie widziałam. Zwłoki z masowych grobów przeniesione zostały do stodoły. Weszłam do niej razem z siostrą. Ciał było kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt.

Położone były na ziemi rzędami. Zwłoki ks. Jana Pawła Aeltermanna leżały bardzo blisko wejścia, w pierwszym rzędzie. Natychmiast rzuciły mi się w oczy, bo jako jedyne, spośród innych leżących obok zwłok, były ubrane w czarną sutannę. Na brzuchu leżała biała chusteczka. Słyszałam jak inni mówili, że na tej chusteczce jest monogram. Nie pamiętam jak były ułożone ręce. Zapewne tak jak się godzi w takich sytuacjach. Pamiętam za to, że zwłoki ks. Aeltermanna miały długie, ciemne włosy sięgające do ramion, zakrywające mniej więcej całą szyję. Ks. Aeltermann, tyle co mogę określić to na podstawie wspomnień, nie był niski, raczej wzrostu ok. 180 cm. Wśród wielu rozmów jakie toczyli na miejscu dorośli słyszałam, że podobno Księdzu Aeltermannowi przed śmiercią, SS-mani kazali z gromnicą w ręku okrążyć stodołę i powtarzać: ,,Ich bin der Pfarrer Johannes Paul Aeltermann aus Meisterswalde” [Jestem Ks. Jan Paweł Aeltermann z Mierzeszyna]. Zapewne chcieli w ten sposób wyśmiać wiarę Księdza. Szydzili z Niego. Po tym wszystkim wróciłyśmy do domu. Oberwało nam się od matki za to, że poszłyśmy do Nowego Wieca. Na wieczór matka przygotowała zacierkę. To było zaraz po wojnie i żyło się bardzo ubogo. Przez wspomnienie zapachu, fetoru i widoku tych wszystkich zwłok brało nas na wymioty. Przez kilka dni z rzędu wymiotowałam. Tamten dzień zakończył się wieczorną modlitwą 34różańcową, w której wspólnie z matką modliliśmy się za wszystkie ofiary. Ojciec mówił nam też to, co sam usłyszał odnośnie egzekucji w Nowym Wiecu. A mianowicie: młody mężczyzna, chyba o nazwisku Klinkosz, był naocznym świadkiem egzekucji z listopada 1939 roku. Udało mu się schować na samym szczycie stodoły. W deski stodoły wbił gwoździe, przy czym jeden gwóźdź miał oznaczać określoną liczbę ofiar. Nie pamiętam proporcji. O tym wszystkim powiedział swojej matce na wypadek powołania go do wojska. Pewien stary mężczyzna, chyba stary robotnik, na dole stodoły albo gdzieś w pobliżu, w jakimś szałerku miał wydzielone miejsce. Gdyby leżał cicho na swoim łóżku, być może przeżyłby. Niestety w jakiś sposób zwrócił uwagę SS-manów, którzy podeszli do niego i zastrzelili go w łóżku.

Dziś sobie przypominam, że jeszcze przed wybuchem wojny (miałam może 7 lat) byłam na Drodze Krzyżowej w mierzeszyńskim, małym kościele [w przeciwieństwie do ewangelickiego kościoła w Mierzeszynie, potocznie nazywanego ,,dużym”] z ciocią Marią Grosz (nazywała się identycznie jak mama i była jej kuzynką). Ciocia mieszkała na Koziej Górze i znała osobiście ks. Aeltermanna. Wtedy też często mówiła: „Pfarrer ist ein guter Mensch, das ist ein guter Pfarrer” (Ksiądz jest dobrym człowiekiem, to dobry ksiądz).

Johannes Butler tłum. Henryk Kleinzeller

„…. Według posiadanej przeze mnie relacji bratanka dziekana Aeltermanna, Alfonsa Aeltermanna, otwarcie grobu masowego miało nastąpić 17 maja 1945 roku. Ponieważ chodziło o długi grób, trwało to chyba kilka dni. Grób księdza Aeltermanna był zapewne grobem pojedynczym i był otwierany jako ostatni. Tym tłumaczy się w moim mniemaniu czas, który upłynął do pogrzebu w Mierzeszynie. Jak sobie przypominam, pomiędzy przewiezieniem a pogrzebem upłynęło niewiele dni. Pojechaliśmy we czterech wozem skrzyniowym z Mierzeszyna do Nowego Wieca i wróciliśmy jeszcze tego samego dnia. Uczestnicy: ks. Kunemund, jakiś rolnik z Mierzeszyna, mój przyjaciel Klaus Hein w wieku 15 lat i ja - 14 lat. Kunegunda znaliśmy poprzez naszą grupę młodzieżową. Poza mną nie żyje już żaden z uczestników tej jazdy.

Mszę pogrzebową odprawił znany proboszcz Glowienke z Trąbek Wielkich, ks. Masiak z Pręgowa i ks. Kunegund z Mierzeszyna. Uczestniczyli w nabożeństwie przeważnie niemieccy parafianie, którzy tam jeszcze byli.

Marta Kapanke - sąsiadka księdza z 1939 roku

Miała ona zeszyt, pamiętnik na podstawie którego zeznawał później jej syn - Jan Karol Kapanke. Ksiądz Aeltermann był na parafii od 1912 roku. Był bardzo lubiany i szanowany przez mieszkańców Mierzeszyna jak i przyległych wiosek. Zajmował się również wychowaniem młodzieży.

Od 1933 roku mieszkali na terenie Mierzeszyna ludzie związani z partią hitlerowską. Ksiądz Aeltermann nie popierał tej polityki. Odsunęli się od niego po kazaniu wygłoszonym w kościele.

Pogrzeb dwóch Wróblów SS-manów. Ponieważ byli katolikami miał ich pochować ksiądz Aelterman. Ksiądz brał udział w tym pogrzebie z tym, że przed wprowadzeniem trumien do kościoła kazał zdjąć z nich flagi hitlerowskie, powiedział, że nie ma zgody biskupa aby do świątyni wprowadzać flagi hitlerowskie. Ta sama sytuacja powtórzyła się przy wyjściu z kościoła.

W 1937 roku nieznani sprawcy ścieli krzyże. Jeden był żeliwny na cmentarzu a dwa drewniane przydrożne. Ksiądz kazał zrobić nowe a na uroczystość poświęcenia zaprosił księży z okolicznych probostw. Przybyło około 5000 ludzi. Ceremonia ta była mierzona przeciwko hitleryzmowi. Po tych uroczystościach ksiądz wyjechał z Mierzeszyna. Otrzymał wówczas ostrzeżenie, aby uważał gdyż Niemcom nie podobała się ta uroczystość.

Podobno w Wysinie (po aresztowaniu) przebywał z innymi uwięzionymi w kościele gdzie miała urodzić dziecko kobieta, która zmarła przy porodzie, ponieważ zaczęto się modlić księdza przeniesiono i wywieziono do Nowego Wieca.Tam został rozstrzelany.

Nie wiadomo kim był drugi ksiądz mógł to być Alfons Kwiatkowski proboszcz ze Starych Polaszek lub Bonifacy Reszke ich ciał jednak nigdzie nie odnaleziono.

Ks. kanonik Henryk Mross z kurii biskupiej w Pelplinie

Ks. Aeltermann był głębokiej wiary i bardzo sprawiedliwy. Zadbał o lepszą opiekę lekarską dla mieszkańców wsi, urządzał różne kursy dokształcające dla młodzieży. Miejscowi Niemcy starali się go pozyskać dla swojej partii NSDAP lecz on stanowczo odmawiał. Za jego kazania wydrukowane w Polsce i Szwajcarii był znienawidzony przez hitlerowców, których nienawiść wzrastała.

Świadectwo pani Marii Rogaczewskiej

Dla mnie ten dzień (nadania imienia) Jest szczególnie ważny z tego względu, że mogę cofnąć się w myślach do moich dziecięcych lat. Wówczas w tym oto kościółku parafialnym w Mierzeszynie zostałam ochrzczona przez naszego kochanego ś.p. dziekana Aeltermanna, zostałam przygotowana i przyjęta do I komunii Świętej i przystąpiłam do Sakramentu Bierzmowania udzielonego mi przez ś.p wielebnego biskupa dr Eduarda O’Rurke.

Przez 15 lat był dziekan Aeltermann nie tylko duszpasterzem ale również bliskim przyjacielem rodziców, a nam dzieciom pozwolił do siebie mówić Onkel Dekan. W moim rodzinnym domu ksiądz był obecny na wszystkich uroczystościach. Pamiętam go jako pogodnego, życzliwego i uśmiechniętego człowieka. Jak wielką sprawiało mi radość gdy w niedzielę albo przy okazji innych nabożeństw przychodził do nas dzieci, głaskał po głowie i pytał czy nie było dla nas zbyt uciążliwe przyjść na nabożeństwo, bo z Drzewiny w której mieszkaliśmy było 7 km. Najbardziej jednak cieszyliśmy się gdy ksiądz zapraszał nas do siebie na plebanię na poczęstunek. Nie wysyłał nas do kuchni do pani gospodyni, ale sadzał nas za stołem w swoim pokoju. Nie miał względu na osobę czy była bogata czy biedna, każdego traktował życzliwie.

Tak było do roku 1939. Nie zapomnę dnia aresztowania. Tej nocy na plebani nocowała moja siostra, pamiętam z jej opowiadania, że tego wieczoru przechodząc przez pokój duchownego została przez niego zatrzymana. Zawołał ją do siebie uczynił znak krzyża na jej czole i powiedział, że czekają nas ciężkie czasy. Napomniał ją aby nie zapominała o Bogu i modlitwie także za niego.

Rano, kiedy jeszcze było ciemno SS szturmem ruszyło na plebanię i aresztowało księdza Aeltermanna. Przeszukali wszystko bardzo dokładnie. Moja siostra zapłakana wróciła do domu, gdzie zapanował wielki smutek i strach.

Malwina Sulewska, z d. Wiecka[2]

5 listopada 1939r. zostaliśmy wysiedleni z naszego gospodarstwa w Nowym Wiecu i wywiezieni przez Niemców na teren lubelski .W naszym domu pozostała tylko służba, którą Niemcy pozostawili dla własnej obsługi. Byli to Józef Klinkosz, który pracował u nas jako stangret, oraz Jakub Zarzycki- głuchoniemy pastuch bydła, który miał wtedy około 70 lat, a który to według opowiadania już po wojnie, Józefa Klinkosza, miał jeszcze w listopadzie 1939 roku zostać zastrzelony w swoim łóżku a potem jego ciało zawinięte w kołdrę. Dalej Józef Klinkosz opowiedział jak to będąc w stodole, przez szpary pomiędzy deskami widział jak Niemcy przyprowadzili za stodołę do wykopanego grobu dwóch księży. Wśród tych księży był ksiądz Aeltermann z Mierzeszyna. Tam nad tym dołem księża ci zostali rozstrzelani, a następnie ciała ich wrzucono do tego dołu, a na wierzch przyniesiono zawinięte w kołdrę ciało Jakuba Zarzyckiego i wrzucono je na wierzch. Kiedy wróciliśmy po wojnie w 1945 roku na nasze gospodarstwo w miesiącu czerwcu tego roku nastąpiła ekshumacja ciał rozstrzelanych za naszą stodołą Polaków. Ja byłam świadkiem tej ekshumacji. Po odkopaniu zwłok okazało się, że były one już w daleko posuniętym rozkładzie, gdyż Niemcy pod koniec wojny przesypali je jeszcze wapnem. Czaszki były gołe bez włosów i skóry. Kości trzymały się w ubraniach.

W małej mogile składającej się z trzech ciał tj. Jakuba Zarzyckiego i dwóch księży, wapna nie użyto. Zwłoki tam znajdujące się były do rozpoznania. Pamiętam, że ciało księdza było w sutannie.

Przybyli na miejsce ekshumacji mieszkańcy Mierzeszyna natychmiast rozpoznali zwłoki swojego księdza. Po zwłoki przyjechała delegacja mieszkańców zwykłym wozem konnym i zabrali je w trumnie, aby je pochować w Mierzeszynie.

Leokadia Świeczkowska z d. Wiecka[3]

W nocy 22 listopada 1939 roku zostałam zabrana z domu o godzinie pierwszej w nocy przez gestapo. Tej samej nocy został zabrany także miejscowy ksiądz proboszcz z Mierzeszyna kanonik Jan Aeltermann i zostaliśmy przewiezieni do Wysina. Tam zostaliśmy wyładowani pod gołe niebo. Rano następnego dnia widziałam w Wysinie pośród przywiezionych tam osób księdza Aeltermanna,ponieważ w tym dniu razem z innymi zostaliśmy przewiezieni do stacji kolejowej w Głodowie i tam nas załadowano do wagonów ale księdza tam nie było.

Pamiętam jak w 1945 przywieziono furmanką konną trumnę ze zwłokami księdza Aeltermanna do Mierzeszyna, który to został zamordowany przez hitlerowców w Nowym Wiecu za naszą rodzinną stodołą. Zwłoki księdza zostały pochowane przed głównym wejściem do kościoła w Mierzeszynie, po prawej stronie od wejścia. Pamiętam jak mówili, że jeden z tych oprawców co dokonali tego mordu nazywał się Langkrog lub Lankrog.


[1] Wspomnienia te spisał dnia 10.03.2012 roku w Mierzeszynie Mariusz Czerwiński na podstawie rozmowy z panią Marią Fryca.
[2] Wywiad przeprowadzony przez Henryka Elwarta w lutym 1992r.
[3] Wywiad przeprowadzony przez Henryka Elwarta 3 marca 1992r.


Przedruk wspomnień z: Ewa Kuliczkowska - Gosk „Nasz Patron ks. Jan Paweł Aeltermann, Mierzeszyn 2013

Menu

sport250