Kto zarabia na fotoradarach?

Fotoradary i... fotokłusownictwo. Czy zmiana przepisów ukróciła to zjawisko? Reporterzy UWAGI! ponownie zajęli się sprawą straży gminnych, które zajmują się głównie polowaniem na kierowców przekraczających - choćby nieznacznie - prędkość. Po naszych reportażach posłowie zmienili prawo tak, by strażnicy bardziej niż nabijaniem gminnych budżetów zajmowali się poprawą bezpieczeństwa. Fotoradarowy biznes miały ukrócić m.in. tabliczki informujące o kontroli oraz jaskrawy kolor urządzeń. Po dziewięciu miesiącach obowiązywania nowych przepisów nasz reporter odwiedził tzw. "zagłębie fotoradarowe", czyli region między Bydgoszczą a Słupskiem.

Straż pomorskiej gminy Biały Bór stała się symbolem zjawiska nazywanego „kłusownictwem fotoradarowym". Roczne dochody na poziomie siedmiu milionów złotych zapewnia między innymi radar ustawiony w centrum miejscowości. Droga prowadzi w dół, aby uniknąć zdjęcia, kierowca nie może zdjąć nogi z hamulca.

- Ten radar działa prewencyjne. Wakacje pokazały, że ruch jest niesamowity, łamanie przepisów prawa jest ogromne, pomimo oznakowań – mówi Waldemar Lada, komendant Straży Miejskiej w Białym Borze.

Aby zapobiec polowaniu przez straże gminne na kierowców nieznacznie przekraczających prędkość, Sejm w ubiegłym roku zmienił przepisy prawa o ruchu drogowym.

- Ustawianie fotoradarów jest słuszną sprawą i powinny być one wystawiane na polskich drogach. Ale nie może być tak, że robi się biznes fotoradarowy i te fotoradary nie służą poprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego, a służą robieniu biznesu – komentował sprawę dla UWAGI! poseł poprzedniej kadencji, Marek Wikiński.

Jednak fotoradarowy biznes trwa i w kolejnych małych gminach powstają straże, których zadaniem jest robienie zdjęć kierowcom. Tak jak w położonym blisko Białego Boru Trzebielinie, gdzie strażnikom kupiono tylko fotoradary, a na służbowe auto pieniędzy zabrakło.

W gminie Kobylnica koło Słupska , która od wielu lat jest rekordzistą w wystawianiu fotoradarowych mandatów, po zmianie przepisów… kupiono nowe fotoradary.

Pan Ireneusz Wojtkiewicz, były lotnik wojskowy i policjant drogówki, dziś prowadzi w Słupsku internetowy portal i walczy z „kłusownictwem" fotoradarowym Kobylnicy i innych straży gminnych.

- Nowe przepisy to działalność komercyjna, obliczona na zarabianie mandatami na swój budżet. Przepisy są na tyle dziurawe i dowolność interpretacyjna jest tak szeroka, że można bardzo szybko to wszystko omijać – komentuje aktualną sytuację Ireneusz Wojtkiewicz.

Kto odpowiada za to, że nowe przepisy, ułatwiły prowadzenie fotoradarowego biznesu zamiast go ukrócić? Problem tkwi m.in. w rozporządzeniu, które w praktyce otworzyło pole do omijania ustawowych zasad. Przykład? Wszystkie radary miały być jaskrawo żółte, ale ministerstwo infrastruktury na ich przemalowanie dało strażnikom… trzy lata.

- 36 miesięcy to jest czas maksymalny, ale samorządy mogą zrobić to również w krótszym terminie. Taki termin musiał być ustalony w trakcie konsultacji tego rozporządzenia z zainteresowanymi podmiotami. Te nowe przepisy weszły kilka miesięcy temu i jeżeli są jakieś nieprawidłowości to będą one poddane analizom – mówi Mikołaj Karpiński, rzecznik prasowy Ministerstwa Infrastruktury.

Nic nie zwalnia kierowców z przestrzegania prawa. Nic też nie usprawiedliwia zachowań strażników, którzy z ustawowych zadań wybierają te, które z poprawą bezpieczeństwa mają niewiele wspólnego.

 {flv}news/2011/2011.11.09uwaga_tvn_reportaze_kto_zarabia_na_fotoradarach{/flv}

 

TVN UWAGA! z dnia 9.11.2011